Srebro Peruna

Głuchy grzmot przetoczył się po nieboskłonie. Opat benedyktyńskiego klasztoru z marsową miną patrzył na mroczny horyzont co chwilę rozjaśniany błyskami zbliżającej się burzy.

  • - Dzieci - Opat zawsze w ten sposób zwracał się do swoich braci w zakonie. - Zabezpieczcie obejście. Nasz Pan wysłuchał naszych modlitw. Kilku zakonników, pokłoniwszy z pokorą głowy, rozbiegło się po klasztornym gospodarstwie.
  • - Pater noster, qui es in caelis... - modlił się opat, z niepokojem obserwując szybko nadciągające burzowe chmury.

Zerwał się wiatr, zakręcił tumanami kurzu na podwórcu przed kamiennym kościołem. Jeden z braci gonił porwane podmuchem wiklinowe kosze. Inni zaganiali żywy inwentarz do kurników i obór, zbierano wszelkie przedmioty, które mogłaby ponieść lub uszkodzić woda. Kozy i owce przeraźliwie beczały, woły żałośnie porykiwały - blady strach padł na ludzi i zwierzynę. Nagle ciemność spłynęła na klasztorne podwórce, zaraz ją jednak rozświetliła wielopalczasta błyskawica i suchy trzask gromu sprawił, że wszystko co żywe skuliło się na chwilę. Spadły pierwsze, grube krople deszczu, ciepłe niczym krew kapiąca z głębokiej rany.

  • - Dziękujemy Ci, Panie za ten koniec suszy - Opat uniósł dłonie. - Jednocześnie prosimy, abyś miał na względzie nasze pola obsiane ziarnem chlebowym...

Jakby w odpowiedzi na modlitwę benedyktyna niebo otwarło się strugami wody, przesłaniając kurtyną zabudowania klasztoru.

  • - Fiat voluntas Tua... - mruknął Opat i zakrzyknął do zakonników - Do refektarza, dziatki! Do refektarza!

W refektarzu zaraz rozpalono palenisko i benedyktyni jęli suszyć wełniane, ciężkie od wody, habity, mrucząc przy tym "Pater noster". Czuli się bezpieczni za grubymi kamiennymi murami klasztornych budowli, choć na zewnątrz szalała burza, największa i najdziksza z jaką do tej pory mieli do czynienia. Pramatka burz.

Opat, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w pełgające po drewnie płomienie, zaczął mówić:

  • - Onegdaj, zanim benedyktyni przybyli na te ziemie, w miejscu, gdzie stoi nasz kościół, stał dąb. Święty dla pogan dąb. Okoliczny lud oddawał tu cześć diabłom, a najważniejszym spośród nich był Perun...
  • - Apage...Apage satanas! - mruczeli co poniektórzy zakonnicy, a inni czynili znak krzyża.
  • - ... Znoszono mu bogate dary, gdyż lud ów żył z gwałtu i rabunku, a Perun był panem wojny. Pod tym dębem zalegały stosy, splamionych krwią niewinnych, kosztowności... Błyskawice były bronią tego diabelskiego nasienia... Nazywane były srebrem Peruna... - Padre - przerwał opatowi jeden z nowicjuszy. - Czemu nam teraz o tym opowiadasz? W tą straszną burzę? Opat spojrzał na nowicjusza jakby pierwszy raz go zobaczył: - Bo ziemia ta, choć od kilkudziesięciu lat ochrzczona, wciąż skrywa w swych leśnych ostępach diabelskie pomioty, wciąż pod dębami stawiane są misy z kwaśnym mlekiem i kaszą... Bo diabeł wciąż jest tu silny! A lud krnąbrny, nie chce się go wyprzeć! A w taką burzę, ten czart, Perun, jest najsilniejszy...!

Otwarły się drzwi refektarza, wpadł porywisty wicher, przydusił palenisko, załopotał łuczywami. Zaraz za nim wpadła poświata błyskawicy, a wraz z nią huk przeogromny rozdygotał kamienne ściany. Już benedyktyni nie czuli się bezpieczni. Przypadli do opata, do jego stóp i płacząc modlili się. Kolejny grzmot i blade światło, jeszcze silniejsze od poprzedniego, zdawało się wyciągać łapę po modlących się.

  • - Do ołtarza, dziatki! - zakrzyknął wielkim głosem opat. - Do ołtarza! Módlmy się! Zapalmy gromnicę! Pan jest z nami!

Żywioł przycichł, co dało siłę benedyktynom. Rzucili się ku drzwiom prowadzącym na krużganki, by potem arkadami przebiec do kościoła. Deszcz smagał ich batogami wody, powietrze mruczało, dalekie błyskawice wydobywały złowieszcze cienie z półmroku kolumnad. Zakonnicy, krzycząc w przerażeniu, dopadli furty kościoła i schronili się w jego wnętrzu. Zaraz zapalono gromnice i wszyscy legli krzyżem przed ołtarzem. Chrystus z drewnianej figury zdawał się z troską patrzeć na swoje dzieci. Gromy zagłuszały ich modlitwy, jedynie co jakiś czas głośniejszy okrzyk strachu czy boleści zdołał się przedrzeć przez nawałnicę.

Trzasnęły rozłupane piorunem główne odrzwia kościoła, zaścielając jego wnętrze miriadami drzazg. Resztki drzwi płonęły sycząc w kroplach deszczu. Ten i ów zakonnik obsunął się na ziemię zemdlony. Woda, jak struga krwi, zaczęła wlewać się do świątyni, wiatr świstał, podrywał habity benedyktynów. Zgasła gromnica, ale świece na ołtarzu, o dziwo, nadal płonęły.

  • - Nie bójcie się! - próbował przekrzyczeć gniew natury opat. - Pan jest z nami! Zły duch nie ma dostępu do Jego domostwa...! - zamilkł i pobladł widząc postać, która pojawiła się w rozłupanych drzwiach.

Stał tam rosły wojownik w szłomie przyozdobionym końską kitą. W prawicy dzierżył obnażone ostrze z którego, niczym krew, spływała woda. Za nim kłębiły się cienie. Wojownik wskazał mieczem na ołtarz. Cienie przybrały ludzkie kształty i wpadły do świątyni. Błysnęły klingi i topory. Żaden dźwięk nie wydobył się z ust widmowych postaci, jednak ich stal była jak najbardziej prawdziwa.

  • - Perunie! Perunie! Uderz w błękit nieba! Obudź strach u wrogów! - zakrzyknął wojownik z kitą na szłomie.

Zakonnicy wrzasnęli, jednak ich krzyk zagłuszył grzmot. Wojownik powoli ruszył w stronę opata, który z przerażeniem patrzył na rzeź jego podopiecznych umierających pod ciosem pogańskich ostrzy i włóczni.

  • - Jezu Chryste! - bełkotał opat. - Jezu Chryste, miej nas w opiece!
  • - Żerco Białego Chrystusa! - zaczął wojownik przykładając miecz do grdyki klęczącego opata. - Nie miałeś ty litości dla naszych bogów! Nie mamy i my dla twojego! Ściąłeś Święty Dąb, a z jego konarów uczyniłeś krzyż na którym wisi twój Chrystus! Jednak Perun pamięta o swoich dzieciach i dał nam siłę, byśmy odebrali to co jemu przynależne! Patrz, golony łbie!

Wyznawcy Peruna podłożyli ogień pod krzyżem. Opat, widząc jak płomienie liżą stopy figury Jezusa, z jękiem osunął się w kałużę krwi jego zakonników.

  • - Dimitte nobis domita nostra - płakał. - sicut et nos dimittimus...

Wojownik uniósł miecz do góry.
Burza ruszyła dalej. Chmury rozstąpiły się i klasztor zalśnił w promieniach słońca.

  • - Perunie! Tobie ofiaruję życie tego żercy! - powiedział wojownik opuszczając klingę. Bezgłowe ciało osunęło się na posadzkę zbezczeszczonej świątyni. - Swarożycu! Tobie składam w obiacie kącinę jego boga! -

Wojownik i jego ludzie w pośpiechu opuścili płonący kościół.

Srebro Peruna jeszcze raz błysnęło nad mroczną puszczą. Prastary bóg zamruczał z zadowoleniem.


Olaf (Wojciech Świdziniewski)